Zrodlo - informacje o książce

Proboszcz niezwykłej parafii- x. Bronisław Bozowski

ks. Jan Pałyga SAC

wstęp:

Per Bronek - czyli po imieniu kazał mówić do siebie swoim starszym i młodszym "synkom duchowym". Było w tym trochę sprzeciwu wobec tytułomanii duchownych, trochę śmieszności i filuternej chęci szokowania dostojnych osób. Bo śmieszne wydawało się stojącym tuż obok ludziom, kiedy szesnastoletni chłopak usłyszał od sześćdziesięcioletniego księdza: mów mi po imieniu. A na pewno szokujące było, kiedy taki nastolatek na jakimś zebraniu pozwolił sobie krzyknąć na całą salę: "Cześć, Bronek!" Później, gdy mu przybywało lat, prosił najmłodszych przyjaciół, by zwracali się do niego "wujciu". Legenda minionych lat jednak została.
Myliłby się ten. komu wydawałoby się, że śp. ksiądz Bronisław Bozowski - bo o nim tu mowa - szukał taniej sensacji, czy też bawił się, widząc zdumienie na twarzach otaczających go ludzi. Owszem, śmiał się, kiedy pewien kanonik po takiej odżywce nie mógł złapać z wrażenia tchu. Bronkowi chodziło jednak o coś innego.
Ksiądz Bozowski marzył o tym, by podstawą stosunków między ludźmi była serdeczność i przyjaźń. Gdzie jest serdeczność i przyjaźń - mawiał - tam już blisko do Boga. I temu właśnie celowi miało pomagać zwracanie się do niego po imieniu.
I nie tylko zresztą to. Cały jego sposób bycia był nacechowany szczerością, bezpośredniością i niekonwencjonalnym słownictwem. Mieszkania, które zajmował, służyły również tej myśli. Były to małe trzy pokoiki, w trzech różnych miejscach. Jeden u sióstr wizytek w Warszawie, drugi u sióstr szarych urszulanek, również w Warszawie, i trzeci w Świdrze. We wszystkich, nieprawdopodobnie zagraconych, panował najwyższy nieład. Kiedy zapytałem, czy nie dałoby się jakoś posprzątać tych mieszkań, powiedział, że i owszem, tylko jest jedno "ale". Gdyby tu było ładnie - mówił - to moi "synkowie" baliby się wejść, żeby czegoś nie pobrudzić. A tak czują się swobodnie. Jeden siada na łóżku, drugi na krześle o trzech nogach, trzeci na czymś tam jeszcze. Ten nieład w jakiś sposób ich ośmiela; zaczynają mówić, i to o sprawach, które w innych warunkach nie przeszłyby im przez gardło. Dziwne to, ale prawdziwe -kończył swoją myśl ksiądz Bozowski.
Skoro już mowa o jego mieszkaniach, trzeba jeszcze dodać, że wszystkie ściany tych pokoików były obwieszone setkami zdjęć jego "synków" i "córeczek". Zdjęcia te kazał sobie włożyć do trumny. Chciał nawet po śmierci być razem z nimi. I nie był to gest oryginała, jakim niewątpliwie był ksiądz Bozowski, ale jego wewnętrzna potrzeba. On naprawdę stale przebywał razem z nimi: kiedy odpoczywał i jadł, modlił się, czy odprawiał Mszę świętą. Listy od nich, a otrzymywał ich bardzo dużo, utykał dosłownie wszędzie: w brewiarzu, między książkami, w książkach i gdzie się dało.
Kim byli jego podopieczni - "synkowie" i "córeczki"? Świeckimi i duchownymi, aktorami i intelektualistami, pisarzami, lekarzami, inżynierami, a także ludźmi prostymi. Przeważała młodzież i osoby w średnim wieku. Najczęściej jednak byli to ludzie porażeni przez życie, odepchnięci, niekochani, o pokręconych życiorysach, z różnymi problemami.
Szczególnie dużo serca okazywał młodym, gniewnym i zagubionym. Przychodzili do niego z różnych melin, niektórzy - prosto z więzienia. Przyjmował ich jak ojciec synów marnotrawnych. W pewnym okresie nazywano go nawet duszpasterzem chuliganów. I był nim rzeczywiście. Wielu z nich wyprowadził na prostą drogę - pojednał z Bogiem i ludźmi. Był jednak realistą i wiedział, że niektórym nie można było pomóc. Bolał nad tym bardzo.
Terenem jego aktywności duszpasterskiej było każde miejsce, gdzie znajdowali się ludzie: kościół i ulica, tramwaj i autobus, pociąg i teatr. Wykorzystywał każdą sytuację, by porozmawiać z ludźmi i skierować ich myśli na to, co naprawdę w życiu jest ważne.
Owocem tych rozmów były często spowiedzi oraz latami trwające przyjaźnie. Był księdzem totalnym. Księdzem zawsze i wszędzie!
Uważał się trochę za "zagończyka" i księdza "z marginesu" normalnego duszpasterstwa. Nigdy nie pracował w duszpasterstwie parafialnym, ale tylko na jego obrzeżach. Bardzo go zawsze ciągnęło do braci odłączonych. Marzył o tym, żeby wszyscy chrześcijanie byli razem, by się jakoś pogodzić, dogadać, zasiąść wspólnie przy Stole Pańskim. Lubił rozmawiać z ludźmi reprezentującymi inne szkoły myślenia. Chciał być ojcem, bratem, przyjacielem i sługą wszystkich szukających. Mawiał o sobie, że jest karykaturą księdza przyszłości. A tak naprawdę, na wiele lat przed Soborem Watykańskim II, był księdzem posoborowym.
Miał dużą łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, chociaż z natury był raczej nieśmiały. Ten dar, charyzmat czy łaskę, wykorzystywał zawsze, by ludziom pomóc, ułatwić otwarcie się na prawdę i Boga.
Jego ubóstwo, jak niektórzy twierdzili, graniczyło z dziadostwem. Chodził w podarowanych ubraniach, najczęściej po zmarłych, w połatanych sutannach. Praktycznie nie posiadał nic, i to nie dlatego, że nie mógł mieć, bo jego ojciec zostawił mu znaczny majątek, Bronek wybrał jednak ubóstwo. Wiedział, że tylko naprawdę ubodzy potrafią się dzielić. Twierdził, że właśnie w ubóstwie można znaleźć coś najbardziej wartościowego - ludzkie serce. Bardzo lubił cytować Rabindranatha Tagore, który mówił: "Jesteśmy ubodzy tym, czego potrafimy się wyrzec, bez czego potrafimy się obejść. Z tego, cośmy w życiu posiadali, zatrzymamy kostniejącymi palcami tylko to, cośmy dali innym".
Był pobożny, ale jakoś inaczej i kochał ludzi też inaczej. Ale też i oni go kochali. Za dobroć i serdeczność, za czas, który im poświęcał, za listy, na które starał się zawsze odpowiedzieć. Za łaskę początku dla wielu... Po niedzielnej Mszy świętej u sióstr wizytek przychodzili do niego, by prosić o radę, zamienić kilka słów lub po prostu go zobaczyć. A on gderał, uśmiechając się serdecznie, że to, istna "szarańcza", że niepotrzebnie zabierają mu czas, że jest głuchy...
(...)

strona redakcyjna

fragment tekstu

spis treści (lub początek spisu treści)

notka



Powrót